Sparta Wrocław - najdokładniejsza historia wrocławskiego sportu żużlowego Sparta Wrocław - Archiwa PrasoweWspomnienia byłych żużlowców wrocławskiego klubuLista żużlowców którzy startowali w barwach WrocławiaSukcesy wrocławskiego zespołuPodziel się swoimi uwagami i opiniami

Dzisiaj jest Sobota, 17 Listopada 2018r.
Linia | WYNIKI SPOTKAŃ LIGOWYCH | WSPOMNIENIA | GALERIE ZDJĘĆ | HISTORIA WYSTĘPÓW | ZASŁUŻENI |

Linia

Historyczno - żużlowe wspomnienia Zygmunta Słowińskiego

Zygmunt Słowiński - wychowanek wrocławskiej Sparty, startujący w tymże zespole w latach 70 ubiegłego stulecia. Choć w tym okresie najbardziej kojarzonymi z Wrocławiem zawodnikami byli Jerzy Trzeszkowski oraz Piotr Bruzda, to właśnie Zygmunt Słowiński stanowił ich idealne uzupełnienie, zdobywając w wielu meczach cenne punkty na wagę zwycięstwa całego zespołu. Następnie w jego karierze przyszły lata startów w toruńskiej Stali i Apatorze, a zaraz po nich przygoda z czarnym sportem w tak dziś egzotycznym kraju dla tej dyscypliny jak Węgry. Jak wspomina były zawodnik, starty w kraju Madziarów były pięknymi, dwuletnimi wakacjami w jego życiu, po zakończeniu których trafił jeszcze do częstochowskiego Włókniarza i tam po niespełna dwóch latach jazdy zakończył sportową karierę. Dziś Zygmunt Słowiński mieszka i pracuje we Wrocławiu, można go spotkać na niemal wszystkich zawodach ligowych rozgrywanych na Stadionie Olimpijskim. Ja zaś zachęcam do lektury wspomnień byłego żużlowca, w których pojawia się wiele ciekawych informacji oraz faktów z lat startów pana Zygmunta.

Początki przygody z żużlem

Moja przygoda z żużlem rozpoczęła się, gdy jako kibic przyszedłem na Finał Europejski rozgrywany we Wrocławiu i zająłem miejsce nieopodal parku maszyn. To co tam zobaczyłem zafascynowało mnie na tyle, że przy najbliższym naborze zapisałem się do sekcji żużlowej. Przez zimę uczęszczałem wraz ze wszystkimi zawodnikami na zajęcia ogólnorozwojowe, a trakcie nowego sezonu zdałem licencję. Pamiętam, że młodych zawodników, jeszcze przed licencją, wypuszczano przed zawodami ligowymi na tor, aby mogli się oswoić z pełnymi trybunami kibiców, bo całkiem inne uczucie towarzyszy jeździe na treningu przy pustych ławkach, a całkiem inaczej jest, gdy patrzy na ciebie około 20 tysięcy ludzi. Były to takie pojedyncze wyścigi, w trakcie których startowaliśmy w pojedynkę. Uważam to za całkiem sensowne rozwiązanie i wiem to z własnego doświadczenia, że później, już po zdaniu licencji, człowiek wychodzący np. na prezentację nie jest już tak mocno zestresowany i stremowany. Licencję zdawałem w trakcie jednego z meczy ligowych we Wrocławiu w trakcie przerwy między wyścigami. Najpierw jechało się w pojedynkę na czas, a następnie był wyścig w czwórkę wraz z innymi zdającymi. Wszyscy byli z jednego klubu wybrani do zdawania egzaminu po wcześniejszych, wewnątrz - klubowych selekcjach. Ze wszystkich zdających w trakcie mojego egzaminu uzyskałem najlepszy czas, a w wyścigu byłem drugi. W tym czasie we Wrocławiu mieliśmy świetnego, niestety dziś już nieżyjącego toromistrza, który przygotowywał tor idealnie pod nasze motocykle. Mało który klub dawał nam tutaj radę.

W zasadzie moim pierwszym trenerem był Kostek Pociejkowicz, stąd odziedziczyłem po nim styl jazdy po zewnętrznej części toru. Dopiero w późniejszym okresie kariery przerzuciłem się na krawężnik. Do szkółki w tych czasach uczęszczała masa młodych chłopaków, myślę, że spokojnie było ich około czterdziestu. Oczywiście z nich wszystkich do egzaminu na licencję przystępowała jakaś jedna dziesiąta. Jak więc widać, wydatki na szkółkę żużlową w tym okresie były ogromne. Moim zdaniem należało wcześniej zorganizować jakieś "sito" i do jazd na torze dopuszczać tylko tych, którzy rokowali na przyszłość. A tak jazdy mógł próbować każdy, a przecież sprzęt, olej, metanol czy opony swoje kosztują. Ja w żużel zaczynałem się bawić w 1969 roku, a licencję zdałem w 1970 i niemal z marszu zacząłem startować w zawodach, nawet dość dokładnie pamiętam swoje początki. W pierwszym meczu startowałem w parze ze Stasiem Nowakiem i zdobyłem 3 punkty, w drugim zaś partnerowałem Jurkowi Trzeszkowskiemu i zaliczyłem w tych zawodach dość nieprzyjemny upadek z Bogusiem Nowakiem, który złamał nogę w udzie. Ja poobdzierałem ręce niemal do kości, bo z powodu dość wysokiej temperatury nie pozapinałem zamków w rękawicach i w trakcie wypadku one mi się podwinęły, a ja po torze szorowałem gołymi rękoma. I tak to się pomału zaczynało rozkręcać. Startowałem coraz częściej, nabierałem rutyny. Z tym, że w tym czasie Wrocław głównie nastawiał się na wygrywanie meczy na własnym torze, bo to gwarantowało pozostanie w najwyższej lidze. A klub nie był już za bogaty więc jak mniemam stąd takie, a nie inne podejście. Na wyjeździe wygrać można było, we Wrocławiu trzeba było. I w ten oto sposób wygrywaliśmy tutaj z takimi ówczesnymi potentatami jak np. Stal Gorzów.


O przejściu do Torunia

W lidze zaczęło się różnie układać, rzekłbym jednak, że niestety coraz gorzej. Następnie wynikła taka banalna sprawa. Ja od klubu nie chciałem ani jednej złotówki, prosiłem jedynie o przyspieszenie przydziału mieszkania. Miałem w tym czasie opłacony już cały wkład. Pamiętam, że ktoś z klubu pojechał do władz miasta i próbował coś załatwić, ale niewiele z tego wynikło. Co najśmieszniejsze, okazało się, że gdybym był spoza Wrocławia - nie było by z tym żadnego problemu. A tak jako dla "miejscowego" nie było żadnych szans na zrealizowanie mojej prośby. Zadzwonił wtedy do mnie Jurek Sałabun i powiedział, jak wygląda cała sprawa i że możemy zacząć rozmowy o przenosinach do nowego klubu, że oni jako zarząd nie będą robili z tym problemu. I w ten sposób trafiłem do Torunia, był to rok 1977. Klubu podobno tak się dogadały, że ja w meczach pomiędzy nimi nie wystartuję. Ale w tym czasie Stal (Toruń - dop.) chyba się Sparty obawiała, bo zostałem wystawiony do składu. Pamiętam, że pojechałem cztery razy bo mieliśmy mecz wygrany i nie było potrzeby piątego startu. W Toruniu stadion był strasznie zapełniony kibicami. Wyjeżdżając tam na tor miałem wrażenie, jakbym wjeżdżał do jakiejś "beczki śmierci". Na długo utkwił mi w głowie genialny wyścig z Piotrkiem Bruzdą, który ostatecznie wygrałem, ale kilka razy w jego trakcie zmieniała się kolejność. Ogólnie startów w Toruniu źle nie wspominam, wszystko zaczęło się nico psuć, gdy zabrakło dobrego mechanika, przez co sprzęt nie był tak dobry jak mógł być i często zawodził. Bo w tych latach motocykle mógł robić jedynie klubowy mechanik, nie mógł np. zawodnik z Gdańska naprawiać silników w Opolu, co dziś żadną przeszkodą już nie jest.

Niegdyś otrzymałem dwuzaworową Jawę, ale piekielnie szybką. Może na starcie nieco się "wlekła", jednak na dystansie jechała jak po sznureczku do mety. Dzięki temu motocyklowi po trzech pierwszych meczach w lidze miałem najwyższą średnią w całym zespole. W Rzeszowie nawet pobiłem rekord tamtejszego toru, a miejscowi działacze nie chcieli mi wypłacić 500 złotowej premii. Wtenczas Florian Kapała wziął ode mnie adres i powiedział, że pieniądze przyjdą pocztą. No ale po tych wspomnianych trzech meczach "skończył" mi się ten motocykl. Jak to się stało, to do dziś niestety nie wiem... Jawa była takim motorem, który spokojnie wytrzymywał pół sezonu bez większego remontu, a tutaj trzy rozegrane mecze i koniec... Pozostały mi więc tylko pewne przypuszczenia, ale oficjalnie nigdy nic ujawnione nie zostało. I tak startowałem z różnymi wynikami przez kilka sezonów w Toruniu i myślę, że udowodniłem, że przy dobrze zrobionych motocyklach potrafiłem zdobyć punkty dla drużyny. Gdy tego sprzętu brakowało, wtenczas wyniki znacznie spadały...


Zygmunt Słowinski, wrocław żużel
Zygmunt Słowiński w barwach Sparty Wrocław ...


O Ryśku Janym słów kilka

Wychodząc ze Sparty miałem całkiem niezłe referencje, w końcu w lidze punktów trochę zdobyłem będąc często w czubie pod względem średniej biegowej. Przeważnie najlepsze wyniki osiągali Trzeszkowski z Bruzdą, a zaraz za nimi naprzemiennie ja z Zygfrydem Kostką. Później jeszcze doszedł Janek Chudzikowski, za to Stasiu Nowak obniżał już loty, Antos i Słaboń (Adolf - dop.) zakończyli kariery, młody Słaboń (Robert - dop.) dopiero zaczynał poważne ściganie, w klubie zaczął się pojawiać Rysiek Jany. O Janym to ci trochę opowiem, bo to był nieprzeciętny talent czystej wody... To, że nie osiągnął takiego poziomu, do jakiego był predysponowany było chyba spowodowane środowiskiem, z jakiego się wywodził oraz bardzo poważnym wypadkiem w Częstochowie, o ile dobrze pamiętam w trakcie eliminacji mistrzostw Polski par klubowych. Ja już wtedy startowałem w Toruniu, ale z tego co mi opowiadali koledzy z toru wyglądało to makabrycznie. Podobno przeleciał wtedy przez bandę i zatrzymał się już na rzędach ławek dla publiczności doznając poważnego urazu głowy i od tego momentu coś się w nim zacięło...

Rysiek to był chłopak, który się dla żużla urodził. Mając jego starty, miałeś cały ten sport w małym paluszku. Pamiętam, jak pewnego dnia wracałem z Jurkiem Trzeszkowskim z klubu, a nieopodal Pól Marsowych (położone są nieopodal Stadionu Olimpijskiego - dop.) mieściło się żwirowe boisko, po którym jeździł Jany z kolegami. Przystaliśmy dłuższą chwilę czasu, a Jurek rzekł - "zobacz, to jest wielki talent". Pamiętam doskonale, jak Jany pokazał się pierwszy raz w klubie. Ubrany w dres, wydawał się nieco przestraszony i przytłoczony. Szybko się jednak odnalazł, czynił błyskawiczne postępy na motocyklu żużlowym, miał do tego po prostu smykałkę.


Słynny, bydgoski tor

Doskonale pamiętam mecze rozgrywane na bydgoskim torze, który w tym czasie był chyba ewenementem w skali światowej. Miejscowi bronowali go na głębokość 20 centymetrów, po czym dla wzmocnienia "efektu" obficie polewali go wodą i w takich warunkach rozgrywano tam mecze ligowe. Działacze z Bydgoszczy dodatkowo śmiali się, że jak w Toruniu pada deszcz to i u nich wtedy będzie mokro na torze. W moim ostatnim sezonie startów we Wrocławiu pojechaliśmy tam na mecz, a ja zdobyłem bodajże siedem punktów. Pamiętam pojedynek z Glucklichem, z którym prowadziłem przez blisko trzy okrążenia sądząc, iż nic mi już nie jest w stanie zagrozić. On w pewnym momencie na prostej wszedł między mnie, a bandę i pomknął do przodu po trzy punkty. Słuchaj, do dziś nie wiem jak on to zrobił... W ogóle w tamtym czasie z tym bydgoskim torem było związane kilka afer. Raz Toruń nie podjął w ogóle walki, tłumacząc się nienormalnymi warunkami torowymi. Pamiętać jednak trzeba, że w tych czasach Polonia była klubem milicyjnym. Z jednej strony stał pułkownik, z drugiej major, a pośrodku sędzia zawodów więc jakie miał podejmować decyzje...? Nierzadko odwoływano tam prezentacje zawodników, bo na piechotę nie dało rady iść po torze, po prostu człowieka wciągało. Żeby zdobyć jakiekolwiek punkty należało pełne cztery okrążenia trzymać pełen gaz pochylając jedynie na łukach motor. Jak się zamknęło manetkę, to w najlepszym wypadku stawałeś w miejscu, w najgorszym zaliczałeś obrót i kończyłeś swój udział w zawodach. Mechanik odkręcał nam śruby od sprzęgła aby mogło się ono ślizgać, dzięki czemu motor na starcie nie stawał dęba. Oczywiście wiązało się to ze sporą ilością spalonych tarczek, ale w jakiś sposób trzeba było się dostosować do tych nienormalnych warunków. Najśmieszniejsze było to, że kiedyś pojechałem tam na jakąś eliminację mistrzostw Polski z motocyklem przystosowanym na 20 centymetrowe bagno, a zastałem płaski jak stół tor (śmiech).

A co mi tam, jadę...!

Osobiście bardzo lubiłem tory, które dobrze trzymały co wiązało się z moim stylem jazdy po zewnętrznej. Pamiętam, że zaraz po tym jak trafiłem do Torunia przyszedł do mnie miejscowy mechanik i stwierdził - "Zygmunt, ja wiem jak ci zrobić motocykl, nic się nie obawiaj". I rzeczywiście, przygotował mi taką maszynę, na której jazda była prawdziwą przyjemnością jednak wymagała dużej siły fizycznej, gdyż motocykl cały czas kleił sie do podłoża i rwał do przodu. A po sześciu sezonach spędzonych w Toruniu otrzymałem propozycję wyjazdu na Węgry, z tym, że już bez prawa późniejszego powrotu do toruńskiego zespołu. W sumie długo się nie zastanawiałem i rzekłem - "a co mi tam, jadę..."!

Zygmunt Słowinski, wrocław żużel
... Stali Toruń ...


Wakacje na Węgrzech

W Polsce w tym czasie panował stan wojenny, więc tym bardziej decyzji o wyjeździe nie żałuję. Z perspektywy czasu patrzę wręcz na niego jak na dwuletnie, bardzo udane wakacje. Mieszkałem tam w takim dwupiętrowym pensjonacie przy Volanie, takim odpowiedniku naszego PKS-u. Na dobrą sprawę, to w tamtych latach wszystkie węgierskie kluby były związane z Volanem, przez co firma ta widniała w nazwie każdego zespołu. Jako zawodnicy, do dyspozycji mieliśmy basen oraz źródła termalne, dzięki którym odniesione kontuzje leczyły się nieporównywalnie szybciej. Mieliśmy bezpłatne bilety na przejazdy autobusowe po całym kraju. Jak potrzebowałem jechać np. do Budapesztu, to od kierownika klubu brałem bilet i jechałem. Po powrocie go zwracałem. Kiedyś na tygodniowe wakacje przyjechała do mnie żona i również takowy bilet otrzymała. Muszę przyznać, że nieźle rozmawiam po węgiersku, aczkolwiek w przeszłości bywało z tym znacznie lepiej. Startując na Węgrzech byłem zatrudniony na etacie w Volanie. Za punkt w lidze płacili nam 80 forintów, za punkt w turnieju międzynarodowym 100 forintów. Tory w tym kraju były bardzo zróżnicowane. Od bardzo długich z czerwoną nawierzchnią po krótkie, owalne jak np. ten w Opolu. Podsumowując czas spędzony na Węgrzech muszę przyznać, iż startowało mi się tam bardzo dobrze, klub zapewniał naprawdę komfortowe warunki więc pod żadnym względem owej przygody nie żałuję.

Ambitny byłem na pewno!

Pamiętam, jak kiedyś po meczu w poniedziałek przyszedł do mnie pan Łotocki i rzekł - "Zygmunt, ja ciebie nie poznaję! Ty na codzień taki spokojny, a na torze to szalejesz". Ale taki właśnie byłem. Nie uznawałem straconych pozycji na torze i do samego końca starałem się walczyć o jak najlepszy rezultat.

Sędzia sprzedany?

W Rzeszowie raz była bardzo ciekawa sytuacja. Mecz mieliśmy już praktycznie wygrany, bo porażka 1:5 w ostatnim biegu dawała nam w najgorszym razie remis. Pamiętam, że miałem w tym słynnym wyścigu wystąpić z Piotrkiem Bruzdą. Więc stoimy już pod taśmą, a dopiero wtedy na tor wyjeżdża para rzeszowska. Podjechali pod taśmę, po czym obaj zawrócili i odjechali w stronę parkingu. Znowu podjechali pod taśmę i ponownie wrócili pod parking. My w tym czasie nieco się rozluźniliśmy, rzeszowianie podjechali pod taśmę, a sędzia w tym samym momencie ją puścił. Wiesz jakiego szoku wtedy doznałem...? Nie wiedziałem na początku "co jest grane". Na pewno byli na to umówieni, bo jak w innym przypadku byłoby to możliwe? Pamiętam jeszcze słowa Jurka Sałabuna przed wyścigiem - "jedźcie ostrożnie, o wynik jestem spokojny". Więc nieco zdezorientowani ruszyliśmy z Piotrkiem w pogoń za parą gospodarzy. Dodam jeszcze, iż wcześniej tor został obficie polany wodą, przez co zrobił się dość śliski. Ja ustawiłem się na trzecim miejscu i starałem się dogonić drugiego z rzeszowian. Prowadzący Kuźniar był już nie do ugryzienia, ale przecież 2:4 też dawało nam wygraną. I oto na początku trzeciego okrążenia ten co jechał na drugim miejscu zanotował na łuku uślizg motocykla. Ja już byłem blisko więc nie chcąc w niego wpaść położyłem motocykl, a po chwili poczułem uderzenie motorem Bruzdy, który nie zdołał mnie wyminąć. Złamał mi łopatkę, żebra, uszkodził bark, a sam złamał obojczyk. Leżąc już na torze widziałem go odzianego w błękitną skórę turlającego się po torze. Wsiedliśmy do karetki, tam nas zabandażowano, a parkingu przyszedł Sałabun i pyta, czy pojedziemy w powtórce. Ja stwierdziłem, że oczywiście, ale już po chwili nie mogłem ruszyć ręką, a przeszywający ból był nie do opisania. Ale na szczęście po chwili okazało się, iż sędzia zaliczył wynik wyścigu na 3:3 i wygraliśmy całe spotkanie. Po meczu zatrzymaliśmy się w Hotelu Rzeszów, a ja coraz bardziej czułem, że nie mam czym oddychać, gdyż miałem zbyt ciasno nałożony gips. Najlepsze jest to, że nazajutrz miałem startować w test - meczu Polska - Anglia, z którego owa kontuzja mnie oczywiście wykluczyła. Ktoś wtedy do mnie powiedział, że dałem się głupio załatwić. Trochę mnie to oburzyło, bo co, miałem wjechać w tego chłopaka...? Tak nie można. Słuchaj, nie wiem, skąd to sie bierze, ale w żużlu przeważnie w upadających wjeżdża ten jadący na samym końcu. Teoretycznie ma on najwięcej czasu na jakąkolwiek reakcję, a i tak w większości przypadków wyłoży się na reszcie leżących chłopaków. Z Rzeszowa do Wrocławia przywiózł mnie autem Jurek Trzeszkowski. Aby lepiej mi się jechało, rozłożył mi fotel. Nazajutrz był ten mecz Polska - Anglia, a mnie coraz bardziej ściskało w klatce piersiowej, więc poszedłem do naszego lekarza. On zapoznał się z kontuzją i stwierdził, że można zdjąć gips, bo wystarczą same bandaże. Tak też zrobiliśmy, a ja momentalnie poczułem ulgę.

O włosie, który nie był włosem

Lekarza we wrocławskim klubie mieliśmy znakomitego. Już w pomeczowych wyścigach par miałem mały karambol z Zygmuntem Pytko. Ostro walczyliśmy przez pełne dwa okrążenia po czym na jednym z wiraży rywal się przewrócił. Ja nie chcąc w niego wjechać położyłem motocykl i nadziałem się brodą na obcas jego buta. Broda oczywiście rozcięta i konieczne było szycie. Przyjeżdżam wieczorem do domu ze szpitala, żona dokładnie mi sie przygląda i mówi, że na brodzie sterczy mi śmieszny włos i muszę go koniecznie obciąć (śmiech). Wytłumaczyłem więc, czym jest "ten włos", a on sam po kilku dniach sam się rozpłynął pozostawiając zagojoną ranę, po której jak widać nie ma żadnego śladu.

Krótkie chwile zwątpienia

Przez te kilka lat startów na żużlu zdarzyło mi sie wiele upadków, to jest raczej w tym sporcie nieuniknione. Jeden z groźniejszych przydarzył mi się zaraz na początku kariery w Gdańsku. Po prostu nie zmieściłem się na jednym z łuków, bo tam był dość trudny tor. Pojechałem na trzeciego i już tak zostałem na bandzie. Piękna, słoneczna niedziela, inni ludzie jeżdżą wypoczywać nad wodę, spacerują, a ja siedzę tutaj poobijany w parkingu i zastanawiam się, po co mi to wszystko? Momenty zwątpienia przychodziły, kiedy ból był najsilniejszy, czyli zaraz po wypadku. A jak się już człowiek trochę podkurował, to go momentalnie ciągnęło na tor. Ja to po prostu kochałem, uwielbiałem się ścigać, po prostu ścigać, bo z tego pieniędzy niewiadomo jakich nie było. Na niedzielę i kolejne jazdy czekałem jak na zbawienie...

O nauczce danej Słaboniowi

Jadę raz tramwajem, a dwóch stojących obok mnie panów komentuję sytuację, jak to podczas ostatnich zawodów ligowych Słowiński dał nauczkę młodemu Słaboniowi. A nie widzieli, że stoję tuż obok nich! A całe omawiane przez nich zdarzenie wyglądało tak. Jechałem z Robertem parą, ja przy krawężniku, a on po zewnętrznej i nagle wyrwał do przodu i mi uciekł. W związku z tym pociągnąłem jedną prostą, drugą prostą, minąłem go i pognałem do mety nie bacząc na niego. Dałem mu tą nauczkę praktycznie na samym początku jego startów, która mam nadzieję nauczyła go na przyszłość trochę pokory. Bo tak się na torze nie robi. Jak jeden trzyma krawężnik, to drugi nie ma prawa uciekać samemu do przodu i dbać o indywidualny wynik. Jak jest to możliwe, należy jechać parowo.

Przeminęło z wiatrem

W trakcie startów różne były koleje losu. Ja głównie jeździłem dla przyjemności, a nie dla pieniędzy, których wtedy notabene i tak zbyt dużych nie było. Czasami tę przyjemność mąciły kontuzje, które potrafiły być bardzo dokuczliwe. Kiedyś złamałem piętę w Gdańsku, bo rywal tak bardzo chciał zaczekać na partnera z pary, że ja miałem wybór albo wjechać w niego ale upaść samemu. No ale jak można wjechać komuś w plecy...? Tak się nie robi... Uderzyłem wtedy piętą w bandę i ją złamałem. Ból, który wtedy odczuwałem jest praktycznie nie do opisania jakimikolwiek słowami, tego nie da się chyba do niczego porównać... Tych kontuzji trochę było, jednak każda szczęśliwie się goiła i było dobrze. Jak ja to mówię, "przemijały z wiatrem" i teraz pamięta się tylko te miłe chwile spędzone na motocyklu. A tych było znacznie więcej, bo ja bardzo lubiłem się ścigać.

Srebrny Kask

Zająłem kiedyś trzecie miejsce w Srebrnym Kasku, który składał się z serii turniejów, coś jak dzisiejsze Grand Prix. W Lesznie miałem szansę na zwycięstwo biegowe z Tkoczem, ale przegrałem po własnym błędzie. Całe Leszno wtedy stało na stadionie, bo gdybym przyjechał do mety pierwszy, ich Jąder wygrałby turniej. Po starcie wiozłem Tkocza za plecami, ale w pewnym momencie mnie minął, a stadion z okrzykiem "uuuuuu" usiadł... Pamiętam też ciekawe zdarzenie z Lublina. Jako pierwszy startował Tkocz i zaliczył na starcie świecę. Później na tor wyjechał Jąder i też świeca! Podszedł do mnie Maniek (Marian Milewski - dop.) i powiedział, że mam już wygrany turniej. Ja podjechałem pod taśmę, ustawiłem się w tej samej koleinie co Tkocz i Jąder i... zaliczyłem świecę (śmiech)! Jak się później okazało, z Jurczyńskim i Tkoczem zdobyliśmy po 11 punktów, więc zabrakło mi jednego punkcika do zwycięstwa w zawodach. Ogólnie, młodzieżowe zawody w tych latach były bardzo ciekawe i dostarczały sporej dawki emocji, a dla nas stwarzały możliwość podnoszenia swoich umiejętności.

O Jerzym Trzeszkowskim i szwedzkim żużlu

Kto mi pomagał najbardziej na samym początku...? Tutaj mogę powiedzieć o Jurku Trzeszkowskim. W szczególności jego pierwsza rada: "Tutaj nikt ci nie pomoże, pamiętaj o tym i podpatruj najlepszych" Jurek obecnie mieszka w Szwecji, ale często do siebie dzwonimy, czasem odwiedzamy. Podczas jednej z wizyt u niego, gdy siedzieliśmy przy obiedzie zadałem mu pytanie - "Słuchaj, ty byłeś na samym początku taki niedostępny, nawet nie wiedziałem, jak do ciebie się zwracać. A teraz siedzimy tutaj razem i jest jak jest. Dlaczego"? On na to mi odparł - "Wiesz, bo ty nigdy nie byłeś buńczuczny, potrafiłeś słuchać rad starszych, nie byłeś konfliktowy przez co traktowałem cię i nadal traktuję jak brata". Jeżdżąc do Szwecji jeszcze jako zawodnik odkrywałem też dwa różne podejścia do tego sportu. Tam młode chłopaki zaczynały w wieku siedmiu lat ścigać się na "pięćdziesiątkach" dzięki czemu mając lat 16 - mieli opanowaną jazdę na motocyklu i musieli tylko przestawić się na większy tor i większe prędkości. Ponadto, gdy my jechaliśmy tam na jakiś mecz, nasza ekipa liczyła 15 osób - zawodników, trenerów, mechanika i czasem prezesa. Szwedzi zaś przyjeżdżali do nas w 45 osobowym składzie zabierając to co my, a do tego swoje całe rodziny. Oni traktowali takie wycieczki jak dobrą zabawę i okazję do dużego pikniku. U nas takie coś nie funkcjonowało.

Czerwony pasek

Ciężko mi ocenić, czy obecnie żużel jest sportem bardziej bezpiecznym. Jest z pewnością widowiskiem bardziej kolorowym, eksponowanym w mediach, zniknęła ta szarzyzna, która niegdyś miała miejsce. My w większości przypadków startowaliśmy w czarnych bądź szarych kombinezonach. W Opolu mieli nam uszyć nowe skóry. Pamiętam, że każdy chciał wybrać sobie jakiś kolor, ale magazynier zakładu zadecydował, że żadnych kolorów nie będzie, ma być na szaro. Samo w sobie to, że takie decyzje podejmował magazynier, było chore! Ostatecznie wszyli nam w kombinezony czerwone paski i to było wszystko, co wywalczyliśmy.

Zygmunt Słowinski, wrocław żużel
... oraz częstochowskiego Włókniarza.


Pracowałem i jeździłem

Co tu dużo mówić, Sparta w latach 70 nie była już zbyt bogatym klubem. Być może też i z tego powodu wyniki nie były już tak dobre. Codziennie o 5 rano wstawałem, a na 6 jechałem do FAT-u (Fabryka Automatów Tokarskich - dop.) na "szychtę". Pracowałem na produkcji, gdzie obowiązywał system akordowy, więc "swoje" zrobić musiałem. Fakt, że byłem żużlowcem nie zwalniał mnie od wykonywania obowiązków w pracy. Owszem, po dobrym meczu koledzy klepali po plecach i komentowali wyścigi z moim udziałem, a jak miałem kraksę i leżałem w szpitalu to często odwiedzali. Tak dziś myślę, że jak na panujące wtedy warunki to chyba i tak udawało się uzyskiwać niezłe wyniki sportowe. Po pracy łapałem autobus C, który wtedy kursował na Sępolno i jechałem do klubu. Po przygotowaniu motocykli jechaliśmy na stadion i trenowaliśmy. Po skończonych jazdach kąpaliśmy się, szorowaliśmy motocykle i spowrotem wieźliśmy je do klubu. Do domu wracałem koło 21, a następnego dnia znowu na 6 trzeba było jechać do pracy. Tak było z początku mojej przygody z żużlem. Później otrzymałem te wspomniane dwa dni wolnego na każdy mecz ligowy. Prezes firmy przez to mało się nie zapłakał, bo dobrze zarabiałem, a tutaj mnie czasem 8 dni w miesiącu nie było na zakładzie (śmiech).

Maniek nie był zły, miał za dużo funkcji

Nie bardzo rozumiem, dlaczego we wrocławskim klubie tak mocną pozycję miał jego mechanik (Marian Milewski - dop.). Ja oczywiście nie chcę tutaj źle o nim mówić, myślę jednak po prostu, iż miał on za dużo do powiedzenia jeżeli chodzi o całość zespołu. Jak ktoś zaczynał się z nim nie zgadzać, to Maniek przykręcał śrubkę i wszystko wracało do normalności. Z tym, że tracił na tym i dany zawodnik i cały zespół. A zarząd jakoś nie bardzo miał pomysł, jak nad tym zapanować. Maniek swego czasu był nawet naszym trenerem od ogólnorozwojówki, choć kompletnie na tym się nie znał. I ja raz się zbuntowałem, gdy kazał mi nosić na polanie jakieś drewniane klocki. Zresztą, nie tylko ja sie buntowałem, inni też to robili. Pamiętam takie jedno klubowe zgrupowanie nieopodal Karpacza. Po treningach pojechaliśmy z Piotrkiem Bruzdą do jakiejś małej mieścinki na obiad i oczywiście uciekł nam powrotny autobus. Do hotelu przyjechaliśmy kolejnym, ale było to już w okolicach godziny 23. Piotrek zdejmuje buty w korytarzu, a ja mówię, żeby nawet tego nie robił bo Maniek pewnie i tak na nas już czeka na pietrze i zaraz nasza obecność na tym obozie się zakończy. I rzeczywiście tak się stało, następnego dnia rano dostaliśmy zwolnienie z obozu, dodatkowo straciliśmy premię kadrową wynoszącą 900 złotych, ale jakoś specjalnie się tym nie przejęliśmy. Poszliśmy we dwójkę do kierownika pensjonatu i za prywatne pieniądze wynajęliśmy sobie pokój do końca trwania obozu (śmiech). Ale Mańka wtedy szarpało (śmiech). Oczywiście, nie uważam, że był to zły człowiek, a wręcz przeciwnie. Myślę jednak, iż zajmował się zbyt wieloma rzeczami, co ostatecznie mało komu wychodziło na dobre.

O zarobkach i miłości do żużla

Wyżyć z samego żużla z pewnością by się nie dało. Jak zdobyłeś 10 punktów to dostawałeś 800 złotych plus jakaś tam premia, czyli za dobrze odjechany mecz było to w granicach jednego tysiąca złotych. W tych latach w zakładzie pracy zarabiało się około sześciu tysięcy - to dla porównania. W Sparcie instytucja lewych etatów raczej nie funkcjonowała. Z tego co wiem, to chyba tylko Jurek Trzeszkowski, a w mniejszym stopniu Piotrek Bruzda, mieli je załatwione. Coś tam po znajomościach kombinował sobie Zygfryd Kostka, a ja miałem te wspomniane wcześniej dwa dni wolnego w pracy - przed i po meczu. Jak więc widać, tylko nieliczni startujący mieli z tego tytułu jakieś korzyści w zakładzie. Żużel był traktowany raczej jako przyjemność, którą godziło się z normalną, codzienną pracą.

Kibicujcie teraz, bo oni to słyszą?

Może to zabrzmi brutalnie, ale w trakcie wyścigu nie widzi się kibiców, nie słyszy ich dopingu. Zawodnik skupia się na jeździe i walce na torze. Brawa i wrzaski słyszy się po zakończonej gonitwie, kiedy milknie ryk silników i opadają nieco emocje. Patrząc na te jeszcze mocniej zabudowane kaski w obecnych czasach podejrzewam, że w tej materii nic się nie zmieniło. Bzdurą są słowa spikera przed biegiem, żeby kibicować teraz, bo zawodnicy jeszcze to słyszą. Dodatkowo człowieka wyłącza stres i myśl jedynie o wygranej. Raz stojąc pod taśmą i nie mogąc się doczekać na rywali zamknąłem kranik paliwa, żeby mi się gaźnik nie przelał. I oczywiście później zapomniałem go otworzyć i zostałem na starcie. A motocykle żużlowe są strasznie "paliwożerne".

Tego już teraz nie ma

Silniki ustawia się na jak najbardziej optymalne osiągi, a nie na oszczędność paliwa, bo przez to przepala się tłok. Taki defekt miał Janek Chudzikowski, przez co nie wygraliśmy meczu w Gorzowie. Miał za mało paliwa. Mecz jedynie zremisowaliśmy co w tamtych latach i tak było naprawdę ogromnym sukcesem. Po tym zdarzeniu Zielona Góra zgotowała nam w Palmiarni (restauracja - dop.) prawdziwą fetę w podzięce za doskonały wynik na ich odwiecznym rywalu. Zielona Góra z Gorzowem funkcjonowała na tych samych zasadach co Toruń i Bydgoszcz, czyli wielkie derby o palmę pierwszeństwa. Pamiętam, że zespół muzyczny grał wtedy tylko dla nas, a zielonogórscy kibice śpiewali i bawili się razem z nami. To było naprawdę bardzo przyjemne i miłe uczucie. Teraz tego już nie ma, brakuje tej pięknej atmosfery. Jak ja startowałem, to wokół klubu kręcili się siedmioletni chłopcy i dla nich prawdziwym zaszczytem była możliwość umycia koła czy kombinezonu zawodnikowi! Teraz po zakończonym meczu zawodnik pakuje sprzęt do busa i rusza w inną część świata, jest pełne zawodowstwo. A wtedy kibice żyli startami swoich zawodników, którzy praktycznie w całości wywodzili się z tego samego miasta, byli wychowankami swojego klubu, co z pewnością wpływało na kształtowanie tej rodzinnej atmosfery. Jeszcze teraz zdarza mi się zostać rozpoznanym przez jakiegoś starszego kibice, co również jest bardzo przyjemne.

Tego wam nie daruję!

Do obecnych władz wrocławskiego klubu nie mam żalu za prowadzoną politykę kadrową. Uważam jednak, że całkowite odejście od starej nazwy zespołu było dużym błędem i nie jest to tylko moja opinia. Przecież we Wrocławiu Sparta jest swoistego rodzaju symbolem, kibice przychodzący na stadion w dalszym ciągu dopingują Spartę. Brak tej nazwy boli mnie dodatkowo z tego powodu, że ja byłem wychowankiem Sparty, dla mnie to coś znaczyło. Tyle tradycyjnych nazw zachowało sie po dziś, chociażby w Lesznie, Tarnowie czy Gorzowie. Niech w nazwie będzie miejsce dla sponsora, ale niech będzie też i Sparta. Zabolało mnie również doszczętne zniszczenie archiwum wrocławskiego klubu. Czy tak trudno było przeznaczyć jakieś pomieszczenie na przechowywanie starych wyników i pamiątek? Przecież to jest wielka tradycja! A tak wszystko poszło do pieca...

Dramatycznie, ale zabawnie

Jedna z bardziej zabawnych sytuacji przydarzyła mi się za czasów startów w toruńskim zespole. Klub na stanowisku mechanika zatrudnił człowieka, który z zawodu był chyba ślusarzem. Nie dość, że pracę otrzymał po znajomości, to kompletnie nie znał się na tym, co miał robić. Pojechaliśmy na mecz do Rybnika i przed jednym z kolejnych wyścigów mechanik miał zmienić tylne koło jednemu z naszych chłopaków. Nagle zapanowała nerwowa atmosfera, bo czasu do wyjazdu z parkingu pozostało bardzo niewiele, a tutaj wszyscy szukają nakrętki na ośkę, którą ów mechanik oczywiście gdzieś zapodział. On zmieszany też biega po parkingu i szuka zguby. Jak się później okazało trzymał tą nakrętkę cały czas w dłoni i nawet o tym nie wiedział (śmiech). Zanim zdążył wszystko skręcić zamknęli bramę wyjazdową, a sędzia wykluczył naszego zawodnika za przekroczenie czasu.

Tak to się zakończyło

Po dwuletnim pobycie na Węgrzech powróciłem do kraju i związałem się z Włókniarzem Częstochową, gdzie przejeździłem cały jeden sezon, a w trakcie kolejnego postanowiłem dać sobie spokój z żużlem. Cały czas mieszkałem w Toruniu, a na mecze dojeżdżałem. Sprzęt, z którym trafiłem w przysłowiową dziesiątkę zostawiałem na miejscu z prośbą do wszystkich, aby nie był przez nikogo innego użytkowany gdyż w końcu udało mi się go idealnie spasować do moich potrzeb. O motory zawsze dbałem, które idealnie wyszorowane po każdym pojedynku zostawały gotowe do następnych zawodów. Przed jednym z meczy zastałem mój motocykl praktycznie kompletnie zajechany, cały brudny, nie nadający się do dalszego użytkowania. To wydarzenie całkowicie mnie zniechęciło do dalszego angażowania swoich sił w drużynę. Później przyjechałem jeszcze raz do klubu zdać wszystkie rzeczy, które były ich własnością (kask, rękawice, ubiór) i w ten sposób zakończyłem swoją przygodę z żużlem. Odszedłem po cichu, bez żadnego turnieju pożegnalnego, bo mówiąc szczerze nawet nie bardzo miałem pomysł, gdzie mógłbym go zorganizować. Z pewnością o zakończeniu kariery zaważył również fakt, iż nie byłem już wtedy najmłodszy i można było spokojnie odejść i dać się wykazać młodszym kolegom, którzy dopiero zaczynali bawić się w żużel.

Podsumowując...

Jeżeli miałbym wybrać miasto, w którym startowało mi się najlepiej bez wahania wskażę Wrocław! Ja stąd odjeżdżałem z bólem serca, tutaj byłem wychowany, a z miejscowymi zawodnikami byłem bardzo zżyty. Pamiętam szczególnie takie jedno zdarzenie. Mecz rozgrywany na Stadionie Olimpijskim, był to środek lata więc było bardzo gorąco. Ja jechałem całkiem nieźle. Kostek Pociejkowicz w swoim samochodzie miał całą skrzynkę piwa, którą trzymał w przenośnej lodówce. Po zakończonym meczu wsiadłem w jego samochód i pojechaliśmy do Hotelu Wrocław, który mieścił się przy ulicy Wyścigowej. Tam przeszedłem z nim "na ty". Wypiliśmy po małym kieliszku, Kostek wyciągnął dłoń i rzekł - "od dziś mów mi Konstanty". Nie powiem, czasem po meczu trzeba było wypić piwko albo małego kieliszka, bo to upuszczało te wielkie emocje nagromadzone w człowieku w czasie meczu. Największa adrenalina zawsze wydziela się w chwili zapalenia zielonego światła na starcie. Po tym patrzysz na taśmę, serce wali jak szalone a ty myślisz tylko o jak najszybszym wyjściu ze startu i wygraniu całego wyścigu. Po puszczeniu sprzęgła jest już luźniej, bo jak jedziesz - tak jedziesz. Ale sam moment startu to prawdziwe rozsadzanie organizmu od środka. Lubiłem ryzyko związane z uprawianiem sportu żużlowego, jednakże nigdy nie myślałem o tym, że mogło by mi się coś stać. Stając pod taśmę nigdy nie myślałem o tym, że mogę mieć wypadek i zostać kaleką do końca życia. Czy się bałem? Chyba tylko szaleniec by się nie bał... Ja odczuwałem dwa rodzaje bojaźni: za wynik oraz o zdrowie z czego tą ważniejszą była za wynik. Nigdy nie myślałem, że wyjeżdżając z parkingu mogę do niego nie powrócić, bo jak bym tak myślał, to po co w ogóle startować? Lepiej od razu odstawić motocykl na bok i mieć to z głowy. A podsumowując już same starty, to myślę, iż nie były one najgorsze. W danym zespole najlepszy nigdy nie byłem, ale też nie nie pałętałem się na samym dnie. Przeważnie udawało mi się plasować w tej lepszej połówce zawodników. Już teraz - po zakończeniu przygody z żużlem wiem, że czasami za szybko wracałem na tor przez co zdobywałem mniej punktów aniżeli mógłbym zdobyć startując w pełni sił.

<< Powrót

| Dziękuję | Regulamin | Wyróżnienia | Kontakt | Copyright © 2005 - 2013 Michał Madeła | Osób online: 1 | XHTML | CSS | RSS